Zaznacz stronę

Mówi się, że dziennikarze są w stanie zrobić absolutnie wszystko, by zdobyć materiał. Byłam dziennikarzem z ambicjami, więc chciałam zrobić o wiele więcej. 

Facebook dziś przypomniał mi zdarzenie sprzed sześciu lat. Postanowiłam się podzielić emocjami, które wciąż gdzieś tkwią. 

Tego dnia nie zapowiadało się nic szczególnego, zamówiona została jedna surówka (materiał, który potem zostanie dowolnie zmontowany w razie potrzeb) z campu skoków spadochronowych. Ot, taki ładny obrazek do telewizji. Zwykle w takich sytuacjach jechałam na plan bez scenariusza – wiedziałam kogo zapytać i o co, ale resztę miał przynieść dzień. 

– To o co Pani mnie zapyta?
– Myślę, że możemy zacząć od tego, co jest takiego ekstra w skokach spadochronowych, a potem…
– Nie. Ja myślę, że zaczniemy od tego, że pani sobie skoczy, a potem możemy wrócić do wywiadu. 
– Dobra. 

Dopiero w momencie, gdy dostałam formularz, w którym miałam wpisać dane osoby do powiadomienia w razie wypadku, zdałam sobie sprawę z tego, że skończyło się rumakowanie i diluję z poważnym tematem. Gdy samolot wystartował zdałam sobie sprawę, że jestem w czarnej dupie, bo raczej już nie wysiądę. Gdy zobaczyłam przed sobą przepaść zdałam sobie sprawę, że mogę umrzeć ale… nie miałam za bardzo czasu, żeby przetrawić to, bo już spadałam. W ciągu sekundy, gdy już leciałam w dół pomyślałam sobie, że cokolwiek się zdarzy, będzie okej. Miałam z tym siemkę. 

Nie muszę chyba mówić, że oprócz przeżycia będącego totalnym sztosem, materiał wyszedł mega a ja dostałam pochwałę od szefa i premię. No i zadebiutowałam imieniem i nazwiskiem na portalu stacji – to było coś! 

Reporter przeżywa – czasem są to rzeczy epickie, jak skok ze spadochronem, a czasem miażdżące serce, jak wypadek samochodowy, w którym ginie siedmioro dzieci. Pamiętam te zwyżkowe momenty, ale tez pamiętam te, które trzymały mnie pod kreską bardzo długo. Z niektórych wciąż nie mogę się wydostać. 

To co tak naprawdę chcę powiedzieć – nie daj się zabić dla pracy. Skok ze spadochronem pewnie by nie skończył się tragicznie, ale było to duże ryzyko, które podjęłam bardzo spontanicznie. Nie byłam wtedy matką i (prawie)żoną, byłam tylko ja. Wtedy myślałam, że muszę się sprawdzić, że muszę udowodnić swoją wartość i poświęcenie dla pracy, którą wykonuję. W tej konkretnej sytuacji, jaką był skok, spotkała mnie ogromna frajda. Jednak nie była ona wypadkową dobrych przesłanek, tylko chęcią konkurowania i pokazania siebie. 

Często powtarzałam, że nie potrafię robić nic innego poza pracą. Jakby firma i działania, które podejmuję mnie definiowały. One oczywiście składają się na moją osobę, ale dziś juz wiem, że nie są całością. Jestem człowiekiem, jestem kobietą, mamą, partnerką, specjalistą, twórcą, amatorem sportowcem, podróżnikiem i przedsiębiorcą własnych wartości.

A być może nawet i to nie jest sednem. Wciąż odkrywam.

TU JEST MATERIAŁ